Blog badawczy

Z przyklasztornego ogrodu

Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego w Gliwicach to jedna z najbardziej rozpoznawalnych budowli sakralnych w mieście. Początki tutejszego kościoła sięgają już przełomu XV i XVI stulecia. Pierwszą murowaną świątynię wybudowano tu w stylu barokowym w 1 połowie XVII w. Nieco wcześniej, w początkach XVII stulecia przy kościele powstał klasztor Franciszkanów. To właśnie w nim miał zatrzymać się w drodze pod Wiedeń w 1683 r. król Polski Jan III Sobieski. Obecna bryła, ukształtowana została po rozbudowie z la 20-tych XX w. Niestety przez wieki kościół trawiły pożary, ostatni w 1980 r. zniszczył jego piękne wnętrze.

werner
Klasztor franciszkanów w Gliwicach na rysunku Friedricha Bernharda Wernera (zbiory: Biblioteka Uniwersytetu Wrocławskiego)

Klasztor znany jest z XVIII-wiecznego wizerunku stworzonego przez Friedricha Bernharda Wernera, choć trudno dziś odgadnąć, czy to późniejsze przebudowy klasztoru czy licentia poetica autora tego szkicu sprawiają, że trudno się w nim do końca odnaleźć. Jeśli wejście do Kocioła zostało tu poprawnie umieszczone, to wydaje się, że nasze prace prowadziliśmy od strony dawnego, przyklasztornego ogrodu.

Ale właśnie – co to za prace. W ostatnim czasie GPA prowadziło nadzór przy inwestycji związanej z budową nowej instalacji CO do budynków klasztornych. Prace prowadzono wzdłuż północnej ściany kościoła i klasztoru. Niestety teren ten był już w przeszłości wielokrotnie przekopany w trakcie remontów (szczególnie podczas remontu w latach 1924-25) oraz późniejszych różnego przyłączy do budynków. Nie mniej jednak podczas prac, w warstwie ziemi z gruzem udało się odkryć zarówno pewne detale konstrukcyjne budynków kościoła i klasztoru, jak też zabytki ruchome.

plan
Rozplanowanie kościoła i klasztoru (źródło: Katalog Zabytków Sztuki w Polsce).

Rozplanowanie kościoła oraz klasztoru jest powszechnie znane i dostępne w literaturze. W każdym razie, w wykopie pod nowe CO pięknie odsłonięte zostały górne partie fundamentu, na którym zbudowano kościół. Jak widać jest on o 30 cm szerszy od jego ścian. Zbudowano go z różnej wielkości kamieni, układanych warstwami na zaprawie wapiennej. Niestety nie udało się dotrzeć do momentu posadowienia fundamentu, lecz z znając już trochę realia budowy kościołów barokowych [Gliwice-Czechowice – hic! ;)] sądzę, że mogą dochodzić przynajmniej do 2 m od poziomu, na którym umieszczono podstawę ściany bocznej świątyni.

Co ciekawe, w wykopie odsłonięte zostały również relikty elementów architektury bryły klasztoru przylegającego do kościoła. Są to zapewne fundamenty dwóch szkarp (przypór), niegdyś wzmacniających ścianę klasztoru. Udało mi się ustalić, że zostały one rozebrane w trakcie remontu w latach 1924-25. Wzniesiono je z kamieni i cegieł, łącząc je zaprawą wapienną. Zostały zadokumentowane i wiedza o nich już nie zginie ;).

IMG_0053
Fundamenty nieistniejących szkarp przy ścianie klasztoru (fot. R.Z)

W wykopie odkryliśmy, wraz ze wspierającym mnie detekcyjnie w zadaniu Krzyśkiem (dzięki!) trochę ceramiki naczyniowej oraz kafli, pochodzących głównie z przedziału czasowego XVIII-XIX w. oraz fragment osełki kamiennej. Naczynia te używane były być może przez zakonników, a po stłuczeniu znalazły swoje miejsce na przyklasztornym śmietniku historii. Niewykluczone, że z pięknie zdobionych i szkliwionych kafli zbudowany był w przeszłości piec ogrzewający wnętrza klasztoru. To taki swoisty znak czasu – budując nowoczesne CO natrafiamy na elementy tego z przed wieków…

Najciekawsze zabytki to jednak numizmaty – monetki: srebrny floren Franciszka Józefa z 1859 r. oraz słabiej zachowany, denar węgierski Rudolfa II Habsburga z lat 1579-1602 (jedna z stron jest kompletnie nieczytelna).

Kościół Podw. Krzyża_mona
Floren Franciszka Józefa z 1859 r. (fot. R.Z)

Pierwsza z monetek jest dosyć powszechna. Druga, związana jest być może ze starszym kościołem drewnianym, wzniesionym w początkach XVI w., który miał poprzedzać obecną murowaną świątynię.

Kościół Podw. Krzyża_mona1
Denar węgierski Rudolfa II Habsburga z lat 1579-1602 (fot. R.Z)

W wolnej chwili zachęcam poczytanie o Rudolfie II…chyba jedyny cesarz, którego znam, który ma w 100% wege portret…;)

To tak pokrótce wszystko. Wszystkie zabytki trafią oczywiście do Muzeum w Gliwicach.

Do usłyszenia!

RZ

Reklamy

Co z tym zabytkiem?

Wiele osób, które spotykam w swojej codziennej pracy pyta: No dobrze, zabytek odkryty – a co się z nim potem stanie? Postanowiłem tak krótko, może nazbyt ogólnie, a może nie o tym napisać ;).

Oczywiście tuż po odkryciu każdy zabytek należy stosownie ‚zainwentaryzować’, wpisać go do tzw. inwentarza polowego, który prowadzi się bezpośrednio na wykopie. W momencie znalezienia zwykle wypisuje się mu również metryczkę, aby podczas później, już w trakcie prac gabinetowych wiedzieć, gdzie dany zabytek został odkryty, tzn. w którym wykopie, w której warstwie, etc. Metryczka zatem trafia do woreczka razem z zabytkiem. Wiem, że wydawać się niektórym z Was może, że przy dużych wykopaliskach, tysiącach zabytków i ogólnym pędzie proces ten pochłaniać potrafi dużo pracy… Tak jest – ale myślę, że to kwestia odpowiedniego podejścia i praktyki 😉

Podczas prac gabinetowych zabytki się czyści z pozostałości ziemi, niektóre myje. Przykładowo ułamki naczyń zwykle starannie się szczotkuje w wodzie i suszy, czasem niczym normalne talerze po obiedzie 😉 Następnie fragmenciki rozkłada się na dużym stole i próbuje się z nich, niczym z puzzli odtworzyć większe partie naczyń, a nawet całe! Zabytki żelazne – te niekoniecznie się myje, bo zwykle po kilkuset latach leżenia w ziemi są tak zardzewiałe, że dodatkowa kąpiel może się dla nich zakończyć zupełną destrukcją. Zwykle trafiają one szybko do specjalistów od konserwacji metali, którzy czyszczą je, a następnie zabezpieczają różnymi środkami chemicznymi przed dalszą korozją. Każdy rodzaj zabytku, w zależności z jakiego tworzywa go wykonano, należy stosownie potraktować, aby wyjęty ze środowiska, w którym spędził setki lat w parę sekund nie zamienił się w kupkę pyłu. Tu oczywiście trochę przejaskrawiam temat, ale wierzcie, zabytki wykonane np. ze skóry czy drewna jak wyschną i ‘poodychają’ współczesnym powietrzem mogą szybko się zniszczyć.

butla

Wyklejone, zakonserwowane zabytki archeolog opisuje, rysuje, fotografuje – słowem wszystko to co często określa się fachowym mianem tzw. ‘opracowania’. To etap, który osobiście uwielbiam ;).

Opisane zabytki trafiają do sprawozdania z badań wykopaliskowych, które archeolog powinien złożyć do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

Ale co później z zabytkami?

Zwykle ostatecznie trafiają do odpowiedniego dla danego terenu Muzeum. Ale razem z nim do tego Muzeum powędrować powinna karta zabytku, zrobiona przez archeologa dla każdego z nich. Nie zawsze wykonuje się karty dla tzw. zabytków masowych, (np. dwieście ułamków nieornamentowanego szkła okiennego), takich o niskiej wartości poznawczej – ale tu już zależy od Muzeum i zwyczajów tam panujących. Pamiętacie „Butelkę z historią”, o której kiedyś pisałem na blogu https://wordpress.com/post/archeozr.wordpress.com/484 . Dzisiaj pojedzie do Wodzisławia, gdzie trafi do zbiorów miejscowego Muzeum. Wcześniej musiałem dla niej właśnie wykonać taką kartę, zawierającą podstawowe dane o zabytku. Ja korzystam w tym celu ze świetnego programu stworzonego zarówno dla dużych Muzeów, ale także dla ‚niszowych graczy’ w kulturze jak GPA…;) Polecam wszystkim zaglądniecie tu: http://www.tempus24.pl/wp/?page_id=38 , a także do kompatybilnej dla programu przeglądarki zasobów muzealnych http://simuz.pl/ , która już w tej chwili jest oknem na świat dla tysięcy zabytków z górnośląskich Muzeów 😉 Polecam jako archeolog, ale także jako człowiek 😉

No nic, to tak w ogóle i w szczególe chyba tyle 😉 Niedługo znowu w teren…gabinet poczeka na zimę…;) Gdy za oknem plucha, można sklejać dzban od ucha 😉

W poszukiwaniu medalika Św. Bartłomieja

Obiecałem jakiś czas temu, że kiedy wrócą po konserwacji zabytki odkryte w trakcie remontu muru przy starym kościele pw. Św. Bartłomieja w Gliwicach to je tutaj Wam zaprezentuję. A więc przyszedł ten czas. Oczywiście nie będę tu się rozpisywał o wszystkich, ale może tylko o tych najbardziej ciekawych, czy wręcz niespodziewanych, czy wreszcie, w przypadku niektórych z nich, dosyć rzadkich na Śląsku czy nawet na terenie Polski. Ostatnio w rozmowie, pleban tutejszej parafii zapytał czy pośród znalezisk nie ma czasem medalika Św. Bartłomieja, bo było by to znalezisko o tyle wspaniałe, bo związane z patronem tutejszej parafii. Niestety nie, nie ma wśród nich takiego egzemplarza, ale może kolejne sezony to zmienią? Zobaczymy! 😉

aaa
Nieco ‚romantyczna’ wizja kościoła Św. Bartłomieja (rys. Ryszard Zdaniewicz)

Dodam tylko, o czym pisałem już w poprzednich postach dotyczących tych badań, że wszystkie znaleziska związane są z tzw. warstwą cmentarzyskową, która stanowi relikt cmentarza, na którym jeszcze w XIX w., a być może nawet w początkach XX w. chowano zmarłych z okolicznych Szobiszowic. Wszystkie zabytki, o których będę pisał poniżej pochodzą z przedziału czasowego od 1 poł. XVII po 2 poł. XVIII w.

m1
Medalik Św. Benedykta (fot. Radosław Zdaniewicz)

Jednym z najciekawszych okazów jest chyba pięcioboczny medalik benedyktyński, wybity na blaszce ze stopu miedzi. Na jego awersie znajduje się postać Świętego, lecz jest ona niestety słabo czytelna. Nie do końca czytelny jest również awers. W środku, w pierścieniowym, ośmiobocznym otoku krzyż tzw. „karawaka” z literami w pionie i poziomie, stanowiącymi skróty sentencji religijnych. Ważny napis widnieje w narożnikach krzyża „C S P B” (Crux Sancti Patris Benedicti). Na podstawie analogii można go datować na okres 2 poł. XVII – 1 poł. XVIII w.

m5
Medalik franciszkański (fot. Radosław Zdaniewicz)

Kolejny, zapewne XVII wieczny medalik przedstawia dwoje świętych związanych z innym zakonem – franciszkanów. Na awersie widnieje piękne przedstawienie Św. Elżbiety Aragońskiej, kanonizowanej przez papieża Urbana VIII, w 1625 roku. Królowa była wielką tercjarką zakonu franciszkanów, żyła w ubóstwie i ascezie,  dnie spędzała na modlitwach. Była zatem uosobieniem prostego życia zgodnego z Bogiem. Co ciekawe , medalik ze świętą odkryty został również w krypcie związanej z nieistniejącym kościołem Św. Jerzego w dzisiejszych Gliwicach Czechowicach. Wydaje się, iż jej kult mógł być stosunkowo mocny w tej części Górnego Śląska w siedemnastym stuleciu, szczególnie wśród chłopstwa. Na odwrocie widnieje natomiast franciszkanin, Św. Antoni z Padwy, w scenie z dzieciątkiem. W ikonografii często jest on przedstawiany właśnie z niemowlęcym Jezusem, co ma podkreślać, iż jest on również patronem dzieci.

m2
Medaliki jezuickie (fot. Radosław Zdaniewicz)

Wśród medalików są również okazy jezuickie. Najlepiej zachowany jest niewielki okaz, pochodzący z również z XVII wieku. Awers posiada czytelne wyobrażenie Św. Ignacego Loyoli, a rewers Św. Franciszka Ksawerego. Obaj byli założycielami zakonu jezuitów i zostali kanonizowani w dniu 12 marca 1622 przez papieża Grzegorza XV. Z jezuitami tym być może związany jest również drugi medalik, o zdecydowanie większych rozmiarach i pochodzący już z XVIII stulecia. Niestety nie jest on do końca czytelny, szczególnie na otoku, co sprawia iż kwestię wizerunków można zostawić na chwilę obecną otwartą.

m3
Medalik bernardyński (fot. Radosław Zdaniewicz)

Zaskakującym i bardzo rzadkim medalikiem jest okaz, na którego stronach znalazło się dwóch błogosławionych kościoła katolickiego, bernardynów – bł. Jan z Dukli, a na odwrocie, bł. Władysław z Gielniowa. Pierwszego z nich, błogosławionym ogłosił w 1733 r. papież Klemens XII, drugiego w 1750 r. papież Klemens XIII. Co ciekawe bł. Władysław w 1759 r. edyktem papieskim został patronem Królestwa Polskiego i Litwy. Medalik związany był z ruchem pielgrzymkowym do Rzymu, o czym świadczy napis ROMA. Niezwykle interesująca jest postać bł. Jana z Dukli, kaznodziei i pustelnika. Tak jak Gliwice uchroniła od masfledowskiej armii Matka Boska, tak w 1649 r. Lwów przed wojskami Chmielnickiego i Tuchajbeja uratować miało wstawiennictwo Jana z Dukli, który miał się objawić nad miejscowym klasztorem bernardynów i odstraszyć najeźdźców. Ciekawym miejscem jest pustelnia błogosławionego, w Trzciannie w Beskidzie Niskim, miejsce pielgrzymek wielu wiernych, szczególnie Polski wschodniej. Parę lat temu odwiedziłem to miejsce, nawet piłem cudowną wodę z bijącego tu źródła;). Ponoć ma mi dać dużo zdrowia!

Wśród zabytków są również medaliki z przedstawieniami Marii oraz Jezusa. Ukazano ich w różny sposób, bardziej lub mniej schematycznie. Z Jezusem Chrystusem związane są krzyżyki trójlistne, przedstawiające scenę ukrzyżowania.

m4
Medaliki z przedstawieniami Jezusa i Marii, krzyżyki i moneta (fot. Radosław Zdaniewicz)

Na koniec przedmiot niedewocyjny , lecz również związany z cmentarzem otaczającym niegdyś szobiszowicki kościółek –moneta. Jej znalezisko związane jest zapewne z wielowiekową tradycję wkładania monet do grobów zmarłych, jako swoistej ‘zapłaty za przeprawę na drugą stronę’. Odkryta moneta to pochodzący z żagańskiej mennicy srebrny greszel cesarza Ferdynanda II Habsburga(1619–1637) z roku 1625. Jest ona kolejnym  materialnym świadectwem tego, że w początkach XVII w. chowano tutaj zmarłych.

P.S. Ukłony niske za wparcie w badaniach i detekcję dla niezawodnego trio KM, LD I TŁ, no i oczywiście Astrid Katarzyna Hasiak za konserwację odkrytych zabytków 😉

P.S.2. Wszystkie zabytki trafią do zbiorów Muzeum w Gliwicach.

O zacnym królu, fałszywym grosiku i w konsekwencji pięknym medaliku

Ciekawa historia. Oczywiście z archeologią w tle 😉

Ostatnio w GPA trwa ‘okres ceramiczny’ w jej działalności …dziesiątki, setki, a nawet tysiące (nie grube, ale jednak) opracowywanych skorup…ufff. Nie narzekam, bo to lubię, a w dodatku przeplatam to jeszcze, aby nie zwariować, piśmiennictwem tekstów natury archeologicznej oraz omówieniami wydzielonych zabytków. I postanowiłem coś napisać a propos tego ostatniego ‘przerywnika’.

Podczas zeszłorocznych badań w Gliwicach Czechowicach, w trakcie odsłaniania reliktów kamienno-ceglanego fundamentu natrafiliśmy (tu ukłony dla naszej sekcji ‘detekto’ 😉 ) na ciekawy zabytek. Oczywiście stwierdzenie ‘ciekawy’ jest tu może niezbyt trafne, bo odkryliśmy tam wiele innych, równie ciekawych eksponatów – także może lepiej byłoby napisać ‘wyjątkowy’.

21
Grosz gdański z Czechowic, fot. P. Milejski

Zabytek ten to moneta, niestety o znacznie zniszczonej przez czas i być może użytkowanie powierzchni. Jak się okazało podczas badań numizmatycznych przeprowadzonych przez Pawła Milejskiego z IA Uwr (dziękuję!) to grosz gdański króla Polski Zygmunta III Wazy z 1623 r….a właściwie… jego fałszerstwo… Diabeł tkwi, jak zresztą zwykle w takich przypadkach, w detalach wybitych na monecie. Kontekst odkrycia tej monety wskazuje, iż jest to jednak ‘fałszerstwo z epoki’, a nie kolejna odsłona podróbki tego numizmatu oferowana na znanych portalach sprzedażowych.

Falsyfikaty monet króla pochodzące z XVII w. nie są jednak niczym szczególnym, gdyż podrabiano je już za jego panowania. I to, jak ustaliłem, zarówno poza granicami Królestwa, jak też w jego granicach. Ot, takie czasy 😉 Wyczytałem w internetach, że ponoć najczęściej obecnie podrabianą monetą polską jest 5 złotych… ale nie mam zielonego pojęcia jak ją odróżnić od tej z NBP 😉  Może potrafią to robić gliwickie parkometry – ale wtedy, z moich roboczych obserwacji – najczęściej podrabianą musiałaby być „2”! 😉

W każdym razie analiza, którą wykonałem spektrometrem wykazała, że srebrny grosz gdański zawiera w sobie jedynie niespełna 20% szlachetnego pierwiastka Ag, w zdecydowanej mierze składając się z… miedzi. Trudno mi powiedzieć czy wynik ten jest miarodajny – głównie ze względu na fakt, iż powierzchnie monety są zniszczone i być może w przeszłości jedynie one pokryte były cienką warstwą srebra, a reszta była po prostu miedziana. W każdym razie wybitnie ‚srebrny’ grosz to nie był 😉

Czechowice_18 (21)

Pomijając jednak kwestie kruszców. Falsyfikat czy niefalsyfikat. Król Zygmunt, w koronie, w krezie i płaszczu, z łańcuchem Orderu Złotego Runa był postacią prawdziwą. Znany był ze swojej pobożności, ascezy oraz poparcia dla kontrreformacji. Zapewne te cechy króla sprawiły, iż moneta, na której widniało jego popiersie została przebita otworem by służyć jako medalik. I ten oto medalik trafił do grobu jednego ze zmarłych pochowanych na cmentarzyku przy kościele Św. Jerzego w Czechowicach.

Na koniec jeszcze może o tym skąd grosz gdański w Czechowicach? No cóż…handel. Gdańsk zawsze nim stał.

Hynkowy krasikoń

Każdy zabytek niesie ze sobą jakąś historię, opowieść. Czasem wesołą, czasem smutną, czasem prostą, czasem skomplikowaną. Niestety bardzo rzadko udaje się ją poznać, choćby w ułamku. Dlatego możemy tkać w myślach różne scenariusze. Ale to w archeologii chyba też jest piękne… 😉

Hynkowy krasikoń

Roku pańskiego 1682 pola w czechowickim majątku obrodziły wyjątkowo. Już w początkach lipca pokryły się złotem, falującym w rytmie ciepłych letnich podmuchów. Miejscowe szeptuchy wróżyły dostatek, lecz nie obnosiły się z tym zanadto, przeczuwając, ze zbytni urodzaj często zwiastować może jakiś przyszły kataklizm.

Hynek już od świtu kręcił się niespokojnie po obejściu chałupy, doglądając gwarnego jak na ta porę inwentarza. Jako skromny zagrodnik rozmyślał o tym, że mimo dorodnych plonów jakimi obdarzyło również jego kawałek ziemi i tak będzie się musiał zatrudnić w folwarku, aby w spokoju przetrwać z rodziną kolejna zimę. Co gorsza, nowy właściciel, baron von Welczek znany był z tego, iż płacił mało, nie zatrudniał nigdy ponad miarę, co wynikało jednako tyle samo z rozwagi co i zwyczajnego skąpstwa tegoż jegomościa. Po głowie chodziły mu tez jednak inne, słodkie, a jednocześnie gorzkie myśli, które wypierały ponure trudności codziennego życia. To już równo dwadzieścia wiosen mija jak spotkał na swej drodze Dorcie, najpiękniejszą niewiastę jaką w życiu ujrzały jego oczy. Niewiastę, w której rozkochał się od razu, od pierwszego wejrzenia, bez pamięci. Co ważniejsze, czego z początku świadom w zupełności nie był, z wzajemnością.

Dorcia była czwarta córką Ahima, kowala ze wsi Zernitz, człeka cieszącego się powszechnym uznaniem i poważaniem w całym dekanacie. Potrafił on wszelako i wykuć solidny lemiesz, jak też wyrwać dręczącego śmiertelnika zęba. Ludziska przypisywali mu moc nieco magiczną. Rad u niego też szukali niczym u plebana. Ahim dbał o swoje córki, lecz to właśnie Dorcia była jego najukochańszą, być może dlatego, że najmłodszą dzieciną. Już od pierwszych lat życia była dziewczęciem ciekawym świata, a w szczególności przyrody i wszelakiej alchemii, dlatego towarzyszyła ojcu niemal na krok.

Pewnego razu, gdy Dorcia weszła juz w 17 rok swojego życia kowal Ahim zyskał dzięki dobrej ludzisków opinii zapotrzebowanie od proboszcza ze wsi Czechowitz na nowe drzwi tutejszego kościółka. Zwykle na takowe pomiary Ahim słał swego czeladnika Dobka, lecz tym razem chciał uczynić to sam, by przysposobić przy tej okazji swej ciekawej świata Dorci szansy na eskapadę. Los chciał, że to właśnie Hynek tego dnia na prośbę plebana otworzyć miał przyjezdnym podniszczone czasem i wilgocią wrota kościółka…

I żech ją teda ujrzoł… – pomyślał Hynek, a jego lico z razu rozbłysło kryjąc wszelkie oznaki doczesnego zmartwienia.

Spotykali się z początku z rzadka, na gwarnych targach wsi Sosnicowitz, gdzie kowal Ahim stawiał czasem swój obwoźny kram, a gdzie ojciec słał Hynka z miodem i woskiem na handel. Zerkali już wówczas na siebie często, coraz bardziej zaczarowani rodzącym się miedzy nimi uczuciem. I tak przeszło dwa lata z okładem… Hynek nie miał bowiem w tym czasie ani razu na tyle odwagi, aby do Dorci przemówić. Raz tylko, wiosenną porą posłał jej korzystając z posługi umorusanego bajta zielonkę czterolistnej kończyny, którą znalazł wodząc rozmarzony przy diabelskim głazie w czechowickim w lesie.

Dorcia otrzymane ziele zachowała i od razu traktowała niczym relikwię. Trzymała ją pod poduchą w małym puzderku, co też szybko odkryły jej ciekawskie siostrzyczki. Wieści o tym krasikoniu rychło też trafiły do uszu Ahima. Stary już z dawna widział córkę wodzącą oczami za Hynkiem, z czego nie był nazbyt szczęśliwy. Czuł, że rychło straci najmilszą mu pociechę. Wiek i doświadczenie podpowiadały mu jednak, że nie godzi się wciskać swojej zazdrości miedzy młodych. Wybrał się zatem pewnej soboty, aby rozmówić się z hynkowym fatrem. Starziki sobie gorzałki popili i zrękowiny młodych uradzili. Na odchodne kowal wręczył Hynkowi pierścień własnoręcznie wytworzony, z krasikoniowym grawerem, aby ten go Dorci na palec włożył, z obietnicą wiecznego szczęścia u jego boku.

I tak pewnego wiosennego dnia Hynek i Dorcia złączyli swoje drogi, w miłości, w zdrowiu i chorobie, w dostatku i niedostatku, na zawsze. A ahimowy pierścień był tego pieczęcią.

Wznoszące się na widnokręgu słońce coraz mocnej ogrzewało budzącą się do życia zagrodę Hynka. Krowy donośnie już domagały się dojenia, a buńczuczny kogut z radością zapiał po raz wtóry witając jutrzenkę. Wyrwany z letargu Hynek spojrzał w zadumie w kierunku snującego się za drzewami cienia lekko już zmurszałego kościółka…

Zaś bedziesz dumoł na tym zydlu cała doba fater, aaa…??? – powiedziała dobitnie stojąca w drzwiach chałupy nastoletnia już Fridka. A Hynkowi się wydało, że to do niego sama Dorcia mówi. I z razu zrobiło mu się jakoś lżej na sercu…

RZ, Tarnowo Podgórne, 21-22.01.2019

hynkowy
Pierścionek odkryty  w 2018 roku na cmentarzysku przy reliktach kościoła Św. Jerzego w Gliwicach Czechowicach, ok. XVI-XVII w., fot. RZ

Nad Mikulczyckim Potokiem (cz.2)

W dolinie Potoku Mikulczyckiego, oprócz śladów pobytu łowców paleolitycznych i mezolitycznych odnaleźć można również bliższe naszym czasom obiekty świadczące o ciekawej przeszłości, w której ciąg wplatane były nurt i brzegi tej niewielkiej dziś rzeczki. Podczas jednej z moich wędrówek wzdłuż jej biegu natknąłem na stojący do dziś w polach przylegających do zabudowań podgliwickiego Czekanowa budynek murowany.

Ortofotomapa: https://www.google.com/maps/@50.3442529,18.7377528,416m/data=!3m1!1e3

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Zbudowany z kamienia polnego i cegły obiekt właściwie jest już dziś niestety kompletną ruiną, dodatkowo bardzo zaśmieconą… Wiedziony potrzebą badawczą sięgnąłem do Katalogu Zabytków Sztuki w Polsce, skąd dowiedziałem się, że budynek ten oznaczono jako dawny młyn, wzniesiony w XVII stuleciu, a następnie przekształcony i przebudowany w kolejnych wiekach. Zapewne był on w przeszłości częścią folwarku, rozbudowanego w XIX w. za sprawą rodziny von Raczeck, która wzniosła w Czekanowie swój pałac rodowy. Pałac i towarzyszący mu majątek został zamieniony w latach powojnenych w PGR, co sprawia iż w okolicznym krajobrazie rządzą dekadenckie widoki znane z innych pokołchozowych przestrzeni, po upadłych w początkach lat 90-tych XX w. tego typu majątkach państwowych.

skany@muzeumslaskie.pl_20190102_130143_0002
Młyn na fotografii archiwalnej z lat 60-tych XX w. (źródło: Katalog Zabytków Sztuki w Polsce, t. VI, z.5, Warszawa 1966)

Wracając jednak do młyna. Umierający dziś w zapomnieniu budynek niczym nie manifestuje dawnej swojej funkcji. Relikty uciętych naściennych instalacji wskazują, że w czasach ’słusznie minionych’ korzystano jeszcze z jego wnętrza, zapewne w celach mieszkalnych lub magazynowych. W latach 60-tych XX w. budynek nie wyglądał jeszcze tak źle. Przykryty był wówczas wyglądającym solidnie naczółkowym dachem, do wejścia na wysokości pierwszego piętra prowadziła drewniana klatka schodowa, malowniczo wkomponowana w kamienne przyziemie. Budynek miał swoją „magię” 😉

SBB_IIIC_Kart_N 15060_Band 2_Blatt 26_Mikulczyce
Młyn w Czekanowie na fragmencie mapy Christiana Friedricha von Wrede z lat ok. 1747-53 (zbiory: Staatsbibliothek zu Berlin)

Kierowany tą „magią” poszperałem w poszukiwaniu odleglejszej historii tego miejsca. Zerknąłem tu do niezastąpionych map Christiana Friedricha von Wrede. W Czekanowie w połowie XVII wieku istniał dwór, na południe od którego rzeczywiście istniało koło wodne! Zastanawiający jest tu jednak również widniejący obok napis „Hammer”. Czy świadczy on o tym, że trzy stulecia temu w budynku tym istniała mała hamernia, w której napędzany wodami Potoku Mikulczyckiego młot nadawał kształt żelaznym wytopom. Wydaje się to prawdopodobne. Taka manufaktura nie byłaby bowiem niczym szczególnym dla ziem Górnego Śląska, bo podobne istniały z pewnością na innych rzekach regionu – Małej Panwi czy Bierawce. Tak czy owak szkoda, że obiekty takie jak ten czekanowski, być może najstarsze namacalne świadectwa wielowiekowego przemysłowego charakteru naszego regionu  straszą dziś bezsilnością i zapomnieniem…

Świątecznie

Szanowni Państwo, drodzy Przyjaciele, Współpracownicy, Klienci, niech te Święta upłyną Wam w spokoju, radości i wzajemnej życzliwości, a Nowy Rok przyniesie wiele nowych wyzwań i równie wspaniałych osiągnięć, ale przede wszystkim dużo uśmiechu i pogody ducha na codzień!

Wszystkiego dobrego!

Radek Zdaniewicz

skrzat